Ostatnie kilka tygodni było zupełnie zwariowane. Najgorzej było od ostatniego poniedziałku, kiedy zaczął się mój „tydzień wolny od pracy”. College jest zamknięty pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem a wiec wszyscy pracownicy cieszą się dodatkowymi, płatnym, zimowymi wakacjami.
Oczywiście są to dni, na które Amerykanie maja bardzo przydatne określenie; „working vacations”.
W praktyce oznacza to, ze wszystko to, co czekało na zrobienie czy załatwienie w czasie poprzednich miesięcy zostaje wpisane na plan tego właśnie tygodnia: dentysta, okulista, kosmetyczka, fryzjerka, sprawy bankowe, sprawy ubezpieczeniowe i oczywiście masa drobiazgów, które przed tym „wolnym tygodniem” nigdy nie znalazłyby się na żadnej liście.
Na dodatek święta, a więc prezenty, choinka, sprzątanie, kartki z życzeniami i doprowadzenie do porządku mojego kudłatego kompana, który przeżywa obcięcie swoich „kudłów” nieomal tak bardzo jak ja przezywam wizytę u dentysty.
Poza tym jeszcze jedna, mila niespodzianka: mój syn spędził w moim domu cały długi tydzień, a postanowiłam wiec nie tylko zrobić dodatkowe zakupy w pobliskich „Polskich Sklepach”, ale nawet sama wiele pogotowałam.
W tym roku postanowiłam też zrobić coś, na co nigdy przedtem się nie zdobyłam: spędziliśmy wigilię nie tylko z rodzina, ale i z grupą znajomych. Dla wielu Polaków, którzy żyją daleko od swoich bliskich nie jest to zapewne niczym nadzwyczajnym, nawet, jeżeli nie wyemigrowali z Polski; wiele osób często łączy rodzinę i przyjaciół przy wigilijnym stole.
Dla mnie była to prawdziwa emocjonalna rewolucja. Jako dziecko byłam wychowywana w tradycji rodzinnych świąt, prawdziwa wigilia to obiad tylko z rodzicami, dziećmi, może dziadkowie; nikt spoza tego ścisłego grona nie był zaproszony.
Dzień po wigilii, Dzień Świąt Bożego Narodzenia to już zupełnie cos innego, dozwolone były odwiedziny u dalszej rodziny czy nawet u bliskich przyjaciół. Wigilia była „zarezerwowana” dla najbliższych.
Jak bardzo inna była ta nasza wigilia w 2010 roku podkreśla fakt ze mój syn, urodzony w Teksasie i wychowany w kilku różnych Amerykańskich Stanach, bardzo się zbuntował. Zagroził ze zaraz po posiłku zamknie się w swoim pokoju i „nie będzie uczestniczył w żadnych uroczystościach”. „ Nigdy mnie nie zmusisz abym dzielił się opłatkiem z obcymi” – to były jego dokładne słowa, o których na szczęście bardzo szybko zapomniał.
Wieczór okazał się wspaniały, Mieliśmy okazje spędzić kilka godzin z grupa bardzo ciekawych ludzi i jestem pewna ze wigilia 2010 pozostanie w naszej pamięci na bardzo długo. Wigilia minęła cudownie, jedzenie znikało ze stołu jak zaczarowane, świeczka dopalała się bardzo szybko. Nawet mój kudłaty Homerek przestał traktować naszych gości z niedowierzaniem i usnął na kanapie rozbawiając nas głośnym chrapaniem.
Jest to przecież bardzo ważna granica. Tradycja jest czymś pozytywnym, budującym, wspierającym; natomiast zagubienie się w stereotypach jest czymś zupełnie przeciwnym. Nie ma niczego pozytywnego w traktowaniu ludzi nie jak unikalne jednostki, ale jako bezbarwna grupę.
Jest wiele niebezpieczeństwa w traktowaniu naszych zwyczajów, jako drogowskazów w życiu, drogowskazów, które skierowują nawet najlepszych z nas w groźne ulice zaślepienia.
Kazanie świąteczne było na temat bardzo popularny w czasie Świat Bożego Narodzenie; na temat rodziny, na temat pamięci o bliskich, którzy już odeszli i o bliskich, którzy wciąż są obecni w naszym życiu, na temat szacunku dla rodziców i na temat pomocy rodzinom.
Rodzina? Bliscy? – Czy naprawdę są to jedyni ludzie obecni w naszym życiu, którzy zasłużyli sobie na nasza pomoc? Czy chcemy zamknąć nasze drzwi przed tymi, z którymi nie łączą nas więzy krwi?
Około 25% procent Polaków żyjących w tak zwanym „związku małżeńskim” założyło już więcej niż jedna rodzinę a 7 % zawarło związek małżeński więcej niż dwa razy.
Polski Rocznik Demograficznym 2010 (dane są za rok 2009) podaje ze: Polaków w wieku powyżej 15 lat jest 31, 000, 000; z tej grupy około 9, 000, 000 to samotni (panny i kawalerowie). Pozostali to: około 18, 000, 000, pozostają w związkach małżeńskich a ponad 4, 000, 000 to rozwodnicy i rozwódki, wdowy i wdowcy oraz osoby żyjące w separacji.
Cztery miliony to wielka armia, armia osób, które prawdopodobnie nie spędzają wieczorów wigilijnych tylko w gronie rodzinnym.
Myśląc o tych milionach nieżyjących w dniu codziennym z rodzinami, musze przyznać ze ciągle podkreślanie znaczenia „rodziny” przez księży religii katolickiej nie wydaje mi się zbytnio chrześcijańskie.
Więzy ludzkiego bytowania są dla mnie o wiele silniejsze niż więzy rodzinne. Myślę ze wielu z nas musi przyznać ze w trudnych sytuacjach życiowych częściej akceptujemy pomoc od sąsiadów i przyjaciół niż pomoc od członków naszej rodziny. Powody takiej rzeczywistości są różne: odległość, niechęć dzielenia się smutkami z najbliższymi, czasami po prostu uczucie silnych więzi z przyjaciółmi, więzi, które nie zawsze istnieją w naszych rodzinach.
Dlatego też poświęcam ten świąteczny zapis tym, którzy nie spędzili Wigilii 2010 z rodzinami. Pozdrawiam przede wszystkich tych, którzy nie przywiązują wagę do stereotypów i nie dali się „tradycji”, tradycji, która zbyt silnie wiąże Święta Bożego Narodzenia ze słowem „rodzina”.
Pan Jezus i jego ojciec błogosławią nam wszystkim, tym żyjącym z rodzinami i tym żyjącym bez rodzi; wszyscy cieszymy się z odrodzonej wiary we wszechobecną Boża energie, która pomaga nam żyć i która wyzwala w nas dobro.
Życzę Nam wszystkim wspaniałego 2011 roku!
Aby nasze marzenia się spełniły i nasze plany się ziściły, i aby Jezus Święty pomagał Nam w każdym dniu naszego życia zachować nasza indywidualność i naszą wspaniałość.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz