Jak zwykle przed podjęciem ważnej decyzji (lub po prostu decyzji, która wydaje mi się ważną) biorę do reki pustą kartkę papieru, ołówek, (aby móc łatwo zmieniać i wymazywać wszystkie moje opcje) i zasiadam z kieliszkiem czerwonego wina w swoim najwygodniejszym fotelu.
Jest to rytuał, który powtarzam już od wielu lat i nie wiem czy taki właśnie sposób na „aktywne myślenie” zradza decyzje, które są dobre czy złe. Wiem, że nie byłabym gotowa na zrobienie żadnego życiowo „decyzyjnego kroku” bez tych kilku drobnych szczegółów.
Fotel musi być wygodny i obszerny, a wino musi być koniecznie czerwone.
Przed przeprowadzką z Katowice do U.S. wykreowałam w taki właśnie sposób około dwudziestu rożnych pomysłów na moje życie tutaj, tyle tylko, że nieomal w ostatniej chwili pojawił się pomysł dwudziesty pierwszy i tak właśnie znalazłam się w Chicago zamiast w St. Francisko.
Czy fakt ze niewiele naszych planów realizujemy oznacza, że powinniśmy przestać planować?
Oczywiście, że nie.
Plany są nie po to, aby je realizować, ale po to, aby nam się wydawało, że swoim życiem kierujemy. Dlatego też ja planuje, zapisuje, ale do tym moich planów nie za bardzo się przywiązuję. Sam czas planowania jest czasem wspaniałym, tyle bezgranicznych możliwości, które wyobraźnia bezustannie podpowiada, a ja tylko staram się utrzymać je w ramach jakiejś wymyślonej realności.
Krytykuje lub pochwalam Zycie, które istnieje tylko w mojej głowie.
Krytykuje lub pochwalam Zycie, które istnieje tylko w mojej głowie.
Podejmowanie decyzji jest procesem, a nie aktem i jak każdy proces, zajmuje wiele czasu. Zaczynam wiec od zapisywania „za” i „przeciw” ale kiedy widzę, że lista wydłuża się tylko po stronie zwanej „przeciw” zazwyczaj przerywam zapisywanie i odkładam decyzję na później.
Szczególnie wtedy, kiedy moje emocje są po tej „przeciwnej stronie” nie poddaje się zbyt łatwo i wracam do listy dopiero wtedy, kiedy mam już „moje za” w szczegółach dopracowane. Zawsze potrafię samą siebie wspaniale przekonać.
Kiedy lista „za” i „przeciw” wydłuża się nieomal w jednakowym tempie to wiem ze jestem w prawdziwym kłopocie, „wyrównana” lista jest zupełnie bezużyteczna.
Z taka właśnie „wyrównaną listą” w 1997 roku wyjeżdżałam z Polski po dłuższym tam pobycie. W tej sytuacji pozostało mi tylko jedno wyjście, zaczęłam nadawać „ważność” tym moim wymyślonym powodom.
Economiści nazywają ten sposób „Adding Weight Factor”, inaczej mówiąc decydujemy, które powody są mniej a które bardziej ważne.
Oczywiście na samej górze mojej listy są rodzice; oboje wciąż jakoś sobie sami radzą pomimo tego, że mama ukończyła w 2010 roku 85 lat a tato 87.
Następne powody nie są już tak bardzo ważne i umieściłam je na tej samej linii: możliwość zakończenia wielu lat pracy na pełny etat, możliwość super-wczesnej emerytury, planowane wyjazdy krajoznawcze po Europie (znam wiele miejsc w US, ale nie zdążyłam poznać Europy, nie znam nawet Polski).
Następne powody nie są już tak bardzo ważne i umieściłam je na tej samej linii: możliwość zakończenia wielu lat pracy na pełny etat, możliwość super-wczesnej emerytury, planowane wyjazdy krajoznawcze po Europie (znam wiele miejsc w US, ale nie zdążyłam poznać Europy, nie znam nawet Polski).
Następna linia zapełnia się planowanymi zajęciami: remont mieszkania (nawet kilku), wymarzony „zaczarowany ogród”, (który teraz jest po prostu przydomowym miejscem na sadzenie kwiatów i warzyw). Poza tym na pewno jakieś pożyteczne akcje charytatywne, pomoc tym, co nie tylko pomocy potrzebują, ale którzy próbują innym pomoc. Jestem po stronie tych, którzy raczej podarują głodującemu rolnikowi łopatę i krowę niż napoją go mlekiem i nakarmią chlebem.
Według mojego osobistego kodeksu moralnego tylko chorzy i starzy ludzie oraz bezradne zwierzęta zasługują na bezzwrotną zapomogę (finansową czy inną); reszta z nas powinna szukać możliwości oferowania wsparcie innych, a nie tego wsparcia oczekiwać.
Według mojego osobistego kodeksu moralnego tylko chorzy i starzy ludzie oraz bezradne zwierzęta zasługują na bezzwrotną zapomogę (finansową czy inną); reszta z nas powinna szukać możliwości oferowania wsparcie innych, a nie tego wsparcia oczekiwać.
No i oczywiście w Polsce są już moje ukochane winogrona a tutaj tylko balkon, bez którego zupełnie sobie wygodnego mieszkania nie wyobrażam.
Jeżeli wszystkie sposoby podjęcia końcowej decyzji, z która moja lista, chociaż troszeczkę by się zgadzała, nie zdaja egzaminu; pozostaje ostatni „decydujący faktor”, czyli siła moich emocji. Zazwyczaj one wygrywają, a lista spoczywa na dnie pudła z napisem „Ważne Papiery”, oczywiście są one ważne tylko dla mnie, ale to przecież liczy się najbardziej.
Namawiam, więc wszystkich to tworzenia list, ale i do zmieniania ich często i bez rozpaczy. Zycie jest z nami zawsze dopóki spacerujemy (lub biegamy) po tej kolorowej ziemi. Żyć możemy wszędzie i tylko od nas zależy gdzie się, chociaż na chwile zatrzymamy.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz